Martin Lechowicz

Wielka Brytania składa się z robotów

Po trzech dniach mieszkania w Wielkiej Brytanii mogę już powiedzieć z całą pewnością: Anglia składa się z robotów.

Ludzi jest niewielu, a ci którzy jeszcze żyją, siedzą w domach albo chowają się pomiędzy robotami. Część też wyjechała w góry Andaluzji. Dlaczego akurat tam? Nie wiem, ale tam dużo ludzi z Anglii spotkałem. Uciekli od robotów.

Co robią w Anglii roboty? To samo co roboty wszędzie: wykonują swój program. W ostatnich dniach widać to szczególnie wyraźnie, bo pojawił się program który swoim absurdem bije rekordy świata. Roboty to zaakceptowały. Słowo "bezpieczeństwo" działa jak najlepszy hacker.

Z okna w moim pokoju w Portsmouth widzę jak przejeżdżają autobusy. Czasem w nich siedzi jeden robot, czasem dwa. Nie wiem po co jeszcze w ogóle jeżdżą autobusy przy tej ilości pasażerów, równie dobrze można by je zamienić na ryksze. Ale są póki co te autobusy, i w środku są tak poobwieszane propagandowymi napisami, że film "They Live" wygląda przy tym jak stonowana wizja przyszłości.

Roboty reagują na to mocno. Siedzą grzecznie, i choćby się mieli udusić to każdy ma na uszach zaczepiony kawałek szmaty. Po co? Nie ważne po to. Nie chodzi o jakiś cel, chodzi o to, że roboty poinformowano, że póki to noszą w pustym autobusie to dzięki temu gdzieś na świecie czyjaś babcia nie umrze na Covid-19. A nikt nie chce być mordercą babci. Więc innych argumentów im nie trzeba.

Gdyby im kazać chodzić na kolanach, przekonując że w ten sposób słodka babcia gdzieś-tam nie umrze, to też by chodzili. I jeszcze zmuszali innych. To niesamowite, jak silnie działa w Anglii mechanizm programowania.

Czy roboty w to wierzą? To absurdalne pytanie. Jak można pytać robota w co wierzy? To ludzie wierzą albo nie wierzą. Roboty są od wykonywania programu. Nawet ich nie pytam o takie rzeczy.

I robot działa tak, że po wyjściu z autobusu na ulicę, szmatę automatycznie ściąga i idzie sobie w tłum. Może tutaj już wirus się nie rozprzestrzenia?

W sklepach angielskich są przeróżne zasady i regulacje. W sklepach z odzieżą nie można przymierzać niczego. Jak dotkniesz ciucha, ciuch idzie na kwarantannę. Ale wolno zabrać do domu, przymierzyć ile się chce a potem znowu przyjść i oddać. I w ten sposób przychodzić cztery razy zamiast raz.

Wszędzie też wiszą całe setki plakatów, ulotek i informacji, w których wszyscy cię informują całą dobę, że cieszą się niewymownie z twojej współpracy. I że są niemożliwie wdzięczni za ratowanie świata przed niewyobrażalnym zagrożeniem. Któremu zapobiegniesz, jak tylko będziesz w sklepie stał sam jeden, alb będziesz płacić kartą a nie gotówką, lub jak brudną ręką sięgniesz do brudnej kieszeni i założysz po raz siedemnasty nasączony zarazkami kawałek materiału. Wtedy zagrożenie magicznie mija.

W całym mieście nikt nigdzie nie pisze jakie to konkretnie zagrożenie i z czego konkretnie wynika. I nigdy, ale to przenigdy nigdzie nie podaje się żadnych liczb. Bo niby jakie? Liczby ośmieszają całą akcję i roboty mogłyby nie zaakceptować programu.

Że coś jest nie tak z liczbami, to widać, jeżeli tylko się patrzy. Śmiertelność super-śmiertelnego wirusa jest obecnie porównywalna ze śmiercią w skutek komplikacji po zwyczajnej grypie. I jest daleko mniejsza niż liczba samobójstw, która niepokojąco szybko rośnie. I nieporównywalnie mniejsza niż każdej innej choroby z listy prawdziwych zagrożeń dla świata.

W kwietniu jeszcze meldowano, że covid-19 zabija w Anglii 1000 osób dziennie. Ale mijał czas i zorientowano się dość szybko, że ten tysiąc to umarł na co innego, a nowy wirus tylko przyłożył brudną rękę do przykrego, chociaż naturalnego, zjawiska. Skorygowano więc te dane (w Anglii jednak szybciej takie rzeczy się dzieją) i po korekcie okazało się, że ten tysiąc zmienił się w dziesięć.

W tym czasie przygotowano w Anglii specjalne oddziały zakaźne - stoją puste. Kupiono góry respiratorów - leżą nieużywane. I mimo że wykres śmiertelności pokazuje, że od sierpnia nie ma już żadnego powodu do przestrzegania dziwnych zasad, mieszkańcy miasta się zachowują jakby w każdej chwili Hitler miał wysłać bombowce Luftwaffe na Londyn. Ale mija czas, a na niebie tylko muchy brzęczą i pszczoły się śmieją z tego co wyprawiają istoty pod nimi.

Programowanie robotów udało się tak dobrze, że teraz już same roboty pilnują się nawzajem, żeby w sklepie nikt się bez owiniętej twarzy nie pokazał. Ale kiedy z kolei jesteś w restauracji, to oto przedziwne zjawisko: nikomu już to nie przeszkadza. Mimo, że tam ludzi tyle samo i siedzą na takiej samej przestrzeni.

Czyżby wirus znikał w restauracjach? Nie, to tylko błędy w oprogramowaniu.

Większe sklepy postawiły przed wejściem specjalnie zatrudnione roboty, które liczą kto wchodzi i wchodzi, żeby wpuszczał albo nie wpuszczał. Robot taki swoi cały dzień w rękawiczkach i szmatach na gębie, i bierze ustawowe 8 funtów za godzinę. Skąd te wszystkie firmy mają tyle pieniędzy na płacenie za podtrzymywanie absurdu - oto jest moje pytanie na dziś. I większe pytanie na jutro: kiedy te pieniądze się skończą? Chodziłem dziś po mieście i większość małych sklepów jest zupełnie pusta. Jak długo można nic nie robić, opłacać rosnące koszty i ciągle mieć co jeść? Historia PRL-u pokazała, że przynajmniej 40 lat. Zobaczymy co pokaże historia Anglii.

Ktoś by pomyślał, że po robotach należy się spodziewać zamiłowania do analizy informacji i wykrywania nielogiczności. Na przykład powinny się te maszyny szybko zorientować, że coś tu z tym programem nie gra, skoro wszyscy żyją jak na wojnie już grubo ponad miesiąc, a ilość zakażeń wyraźnie wzrosła. Logika każe wziąć przynajmniej pod uwagę wniosek: a może to te zasady nic nie dają? A może dają tak mało, że nie są warte potwornych kosztów?

Otóż tak by było, gdyby w Anglii mieszkały roboty cyfrowe. Ale mieszkają tu roboty organiczne. A roboty organiczne wywodzą się od ludzi, i odziedziczyli po nich nieprzyjaźń z logiką.

Nie jestem wrogiem robotów. Przeciwnie, nawet je lubię. Zwłaszcza te brytyjskie - są niesłychanie przyjazne i uprzejme. Zawsze chcą ci pomóc, tyle że rzadko kiedy mogą, bo przeważnie niczego nie potrafią i wszystkiego się boją. Są jak zagubione dzieci, wychowane w świecie, gdzie wszystko robiono za nich.

Z drugiej strony przejawiają tą charakterystyczną dla Anglików cierpliwość, wytrwałość w znoszeniu wszystkiego, w przekonaniu że wszystko jest chwilowe, dlatego nie należy się przejmować, tylko wypić herbatę i zażartować.

I te właśnie cechy: uprzejmość, pogodność i nieziemska zdolność do znoszenia wszystkiego z herbacianym spokojem, sprawiają że lepiej mi się przebywa wśród robotów angielskich niż polskich.

Bo powiesz: robot to robot, co za różnica. Co się go zaprogramuje tak zrobi. Wszystko jedno, polski czy angielski.

Otóż nieprawda. Bo polskie roboty albo mają jakieś poważne usterki fabryczne, albo je programował jakiś psychopata. Bo co by się nie działo, one zaraz się rwą do boju. Wszędzie szukają wrogów, są wiecznie narzekające i za grosz nie mają cierpliwości. Jak zobaczą kogoś kto nie funkcjonuje według ich programu, gotowe mu urwać łeb przy pierwszej okazji.

Angielski robot natomiast uprzejmie się zdziwi i uprzejmie wyrazi prośbę, żeby jednak program wykonywać. Inaczej będzie zmuszony się z nami nie zadawać, co będzie dla niego bardzo przykre, albowiem wszystko jest lovely i byłoby lovely jakby lovely wszystko zostało. I czy nie mielibyśmy ochoty na herbatę i ile chcemy do niej mleka.

Więc o ile polskie roboty mam nieraz ochotę porozbijać w kawałki to angielskie mnie ustawicznie rozbrajają swoją dziecięcą naiwnością. Do tego dochodzi fakt, że musi tymi dziećmi się ewidentnie opiekować jakaś wyższa siła, bo racjonalnie patrząc jest to absolutnie niemożliwe, żeby o taką dziecięcą prostotę rozbił się Hitler, Stalin i Napoleon. Że nikt nigdy nie podbił i nie wziął w niewolę tej małej wyspy, że ominęły ją krwawe rewolucje, że to jedyne królestwo w Europie które nigdy w historii nie ogłosiło niewypłacalności i że dalej jeżdżą po lewej stronie, mimo że Unia Europejska nawet kształt banana zunifikowała.

Jakim cudem tak sympatycznie nieporadne roboty przechodzą lekko przez walec historii, który z innych robi miazgę? Stać musi za tym jakaś siła, z którą ja osobiście nie mam ochoty zadzierać.

Niezależnie od tego, daleko mi do zachwytów. Bo w Anglii brakuje mi ludzi.

Ale jestem tu dopiero trzy dni. Jak poszukam to znajdę te kąty, w których się pochowali. Bo bycie człowiekiem jest dziś w Anglii częściowo nielegalne. Ale w tym punkcie akurat Anglia nie różni się niczym od reszty Europy.

comments powered by Disqus
  • maile przychodzą najwyżej 3 razy w tygodniu
  • możesz się wypisać jednym kliknięciem
  • twój mail jest bezpieczny - dbam o to ja i MailChimp

Zobacz też:

Najlepszy e-book w Polsce!

Z czterech książek, które wydałem, ta jest moja ulubiona - Martin Lechowicz.

Notatki z Anglii 8

Wiosna przyszła, śnieg stopniał. Poszedłem z tej okazji do miasta.

Spotkałem Polaków dwa razy. Najpierw dwóch byczków odzianych w dziarski dresik, potem dwóch młodzieńców na ławeczce. Nie wiem o czym rozmawiali. Za pierwszym razem usłyszałem tylko "kurwa". Od drugich usłyszałem też niewiele więcej: "co ty, flaszka za trzy dychy?" - tyle tylko...

© Martin Lechowicz 2010. Wszystkie prawa i tak dalej.