Martin Lechowicz

Pokolenie Ikea - recenzja

Pożyczyłem i przeczytałem bestseller "Pokolenie Ikea". Przeczytałem, bo lubię blog. Autor bluzga, ale bardzo spostrzegawczy bywa w tematach damsko-męskich. Pisze dosadnie, pisze prawdziwie i powinno się go sklonować i zatrudnić jako nauczyciela "wychowania do życia w rodzinie".

Tyle o blogu.

A jak książka?

Napisałem recenzję "Pokolenia Ikea" na lubimyczytac.pl. Leci ona tak:

***

Trudno powiedzieć czym miała być ta książka.

Powieść? Brak fabuły.

Biografia? Za płytkie na biografię.

Analiza sytuacji społecznej środowiska korporacyjnego ze szczególnym uwzględnieniem życia seksualnego? Ewentualnie. Ale nawet w tej kategorii wypada marnie.

Domyślam się, że wielu polskojęzycznych czytelników może być zbyt pruderyjnych, żeby zaakceptować bezpośredni, rubaszny, język i rynsztokowe klimaty scenek okazjonalnego rżnięcia. Zwłaszcza kiedy do tej zaściankowości doda się kompleksy na punkcie seksu. Stąd pewnie bierze się to pomstowanie w recenzjach na autora, że grafoman, że prymityw, że bez sensu, itd. I najniższe możliwe oceny.

Ale nawet to biorąc pod uwagę, książka jest po prostu słaba. Ma duży potencjał, ma naprawdę duży potencjał, ale - przykro to mówić - autor nie umie dobrze pisać tak obszernych form.

To nic zresztą niespotykanego. Świetny felietonista może być fatalnym powieściopisarzem.

Neologizmy, zabawa słowami, dystans - to wszystko się dobrze sprawdza, ale do wpisów na blogu. Tyle, że książka to nie internet. Tutaj potrzeba jeszcze paru "długodystansowych" rzeczy: fabuły, historii, sprawnego prowadzenia wątków, sterowania napięciem, związków przyczynowo-skutkowych, rozwoju postaci itd.

Te sprawy w książce albo są bardzo słabe albo nie ma ich wcale.

I nie jest to kwestia podobania się czy niepodobania, bo najpierw trzeba coś w ogóle powiedzieć, żeby ktoś mógł ocenić czy mu się podoba. A autor, mam wrażenie, nie ma nam nic do powiedzenia. Chciał tylko opowiedzieć nam przy piwie parę historyjek z życia, które akurat mu się wydały śmieszne i ciekawe. Ale nic z nich nie wynika, nie specjalnie łączą się w całość, i na dłuższą metę zwyczajnie nudzą.

Fabuły nie ma. Zwyczajnie nie ma. Brak.

Nie ma wątków.

Nie ma zmian, które się łączą i do czegoś prowadzą. W zasadzie nic się nie dzieje. I do tego nie jest jasne czy ma się dziać, bo nie wiadomo czy czytasz powieść, autobiografię, zbiór felietonów, fabularyzowany dokument czy co.

Początek jest sympatyczny, ale nerwowy i nie pasuje nijak do reszty książki. Wygląda jak początek czegoś w rodzaju autobiografii a potem leci coś w rodzaju mini-powieści.

Zakończenie jest niby sprytne, ale zamiast satysfakcji dostajemy irytację. Nic nie wynika z tego zakończenia, a nawet gdyby ostatnie słowo było dopowiedziane to też by to nic nie zmieniło. Tragedia. Czytelnik się czuję tak jakby autor powiedział "aaa, pocałuj mnie w d***, nie chce mi się dalej pisać". Tak się nie pisze książek.

Książka niczego nie uczy.

Książka niczego nie wyjaśnia.

Książka nie ma żadnego napięcia, bo, jak mówię, nic się w niej nie dzieje i czytając nie czekasz na to co się dalej rozwinie i okaże.

Owszem, język bywa śmiszny, to plus. Fajnych parę kawałów jest. Dialogi są całkiem fajnie pisane, dobrze się je czyta. Parę trafnych spostrzeżeń jest tu i tam. No i opis jak gotować lasagne i kurczaka może się komuś przyda. Bo fabule nie przydaje się do niczego i nikt nie jest w stanie zrozumieć jak do tego doszło, że podczas redakcji te akapity nie zostały po prostu wycięte w cholerę.

Tajemnica redakcji.

Biorąc to wszystko pod uwagę, za ch*** pana nie zrozumiem (mówiąc językiem książki) z jakiego powodu tyle ludzi kupiło tak surowe danie upichcone przez tak nieprzygotowanego do swojego zadania kucharza.

Z drugiej strony ja tu widzę spory potencjał u autora. Musi się tylko nauczyć pisać. Długie formy pisać, znaczy.

Przewiduję, że jakby machnął jeszcze ze 3 książki to gdzieś koło czwartej wyjdzie coś faktycznie wartego przeczytania. Serio mówię. Nic strasznego, tak to działa. Pisanie to nie życie w korporacji, gdzie się robi na odp***ol.

Póki co "Pokolenie Ikea" przeczytania warta nie jest.

Sorry.

comments powered by Disqus
  • maile przychodzą najwyżej 3 razy w tygodniu
  • możesz się wypisać jednym kliknięciem
  • twój mail jest bezpieczny - dbam o to ja i MailChimp

Zobacz też:

Najlepszy e-book w Polsce!

Z czterech książek, które wydałem, ta jest moja ulubiona - Martin Lechowicz.

Książki powinny być drogie 8

Książki powinny być drogie, bo to nie jest produkt dla byle kogo. To jest sprawa dla najlepszych. Żaden inny format przekazu (film, komiks, audycja radiowa) nie jest tak efektywny jak tekst, żaden nie dociera tak głęboko, żaden nie zmienia tak bardzo. Ale też żaden nie jest tak wymagający.